Piątek okazał się być ostatecznie dniem wolnym od pracy, więc pomyślałam, że mogłabym zrobić mamie niespodziankę i odwiedzić ją w pracy.
Pojechałam zatem na dworzec, na dworcu pokręciłam się w kółko, by ostatecznie znaleźć InMedio, mające w promocji nową książkę Chmielewskiej, którą to mama miałaby zapewne ochotę przeczytać. Przez ten remont Centralnego zupełnie zaburzyła mi się zdolność orientacji w terenie...
Wpakowałam się do pociągu. Miejsce upolowane. Fajnie. Jadę.
Żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia, zabrałam notatki do opracowania na wrześniową poprawkę, coś tam zatem czytam, coś piszę. Ok. Uczę się. Musiałam wsiąść do pociągu, żeby spędzić dwie godziny nad 'książkami'...
Godzinę później dzwoni B., że skręcona kostka, że zwolnienie od lekarza i czy nie poszłabym za niego do pracy. Poszłabym, ale ten pociąg... No i koncert wieczorem, ale o tym już nie wypada mówić głośno. Że jadę i że nie wrócę na 17-tą. Ale że mogę w poniedziałek. Dobrze, B. zadzwoni do pracy i da znać.
Telefon się rozładowuje.
Dzwoni O., że pytali o dane do faktury w schronisku w Zakopanem, do którego mamy w kilka osób jechać we wrześniu. Wysyłam do schroniska maila, wszystko wciąż za pomocą rozładowującego się telefonu. Czuję się przez chwilę jak bizneswoman, załatwiająca w podróży ważne, służbowe sprawy. Po raz kolejny uświadamiam sobie, że spełniłabym się jako organizator imprez turystycznych..., praca marzeń, dlaczego ja nie poszłam na turystykę? A wiem, bo istniał taki niepisany stereotyp, że turystyka to bez sensu, że niczego praktycznego nie uczą, że lepiej języki.
No to wyszłam jak Zabłocki na mydle. A tak- miałabym darmo kurs na pilota wycieczek, a nie za 650 zł, zrobione praktyki w hotelarstwie i może pracę w jakimś biurze podróży. Dla odmiany- mam poczucie kompletnej destabilizacji własnego życia, przerwane studia na japonistyce i zaczęte na anglistyce, na na nauczaniu języka. Nieźle. Ok, mam pracę. Co więcej- lubię tę pracę.
Ale dobrze, nie o tym. Pociąg. Dobijam do Łodzi, dzwonię do mamy, słyszę, że jest gdzieś na ulicy, co musi oznaczać, że nie ma jej w pracy i zrobiłam sobie bezcelową wycieczkę. Rzeczywiście nie ma. Jedzie otwierać nową kasę Intercity gdzieś na lub w pobliżu Piotrkowskiej. Do biura nie wróci. Ja mam z kolei wieczorem ten koncert, nie mogę zostać. No nic. Innego dnia...
Piszę jeszcze do J., mieszka parę kroków od dworca, może mały spacer po osiedlu. J. jedzie akurat do babci.
Kupuję więc bilet do Warszawy, zajmuję grzecznie miejsce na ławce przed budynkiem, uświadamiam sobie, że dworzec Łódź Widzew strasznie mi się w nowej odsłonie podoba, tak tam przytulnie i cicho, burzę moją dietę Sprite'm i Seven Days'em, patrzę jak szpak w notatki i znów do pociągu.
Nikt się nie przysiadł, więc okno otwarte do granic możliwości, pogoda cudna, znowu notatki, ale nie, może by coś na bloga...
I piszę. Już połowa drogi, tak jest dobrze i przyjemnie błogo. Byle tylko nie zostawiać sobie czasu na myślenie...
Od końca lipca pracowałam prawie codziennie po 12, 13 godzin dziennie i dawno już nie czułam się tak dobrze. Pobudka przed 7-mą, spacer do metra, metrem do pracy, od metra jeszcze jeden spacer. Praca. Po pracy już autobus, akademik, czasem jakiś drink, czasem film, czasem jakaś herbata z kimś. Rutyna, dająca poczucie tak wielkiej stabilizacji, że mogłabym tak bez przerwy. Ok, z przerwami na odwiedziny w domu i na podróże...
Gdyby nie to, że z pracą nigdy nie wiadomo jak będzie, gdyby nie to, że studia mają by przepustką do lepszej, pewnej pracy, gdyby nie to, że jestem zbyt mało odważna na takie decyzje, już dawno zaczęłabym tylko pracować, nie rozmieniając pracy na drobne zajęciami na uczelni, z których w znacznej części i tak nic się nie wynosi. A te swoje języki kontynuowałabym na kursach.
Tyle że zawsze jest jakieś 'ale'. I nigdy nie wiadomo, co by było, gdyby.
piątek, 26 sierpnia 2011
czwartek, 18 sierpnia 2011
Weltschmerz
Nie umiem już pisać...
I jakoś wciąż jednocześnie nie umiem nie pisać.
Mimo iż to już nie to samo pisanie.
Mimo iż poprzednie próby powrotu nie okazały się zbyt owocne.
A jednak czegoś mi brakuje...
Gdzieś z odmętów podświadomości wydarł się mój osobisty Weltschmerz i, nie wiedzieć czemu, postanowił mnie bezczelnie pożreć. A ja prawdopodobnie w którymś momencie zupełnie się temu poddałam.
Z kolei jak już się człowiek podda to przychodzi taka chwila, kiedy zaczyna mu być wszystko jedno i jakoś tak nie umie znaleźć w sobie na tyle silnej motywacji, by się odbić od tego- dosłownie i w przenośni- pełnego mułu grzęzawiska, do którego trafił. Zwłaszcza, że- gdzie by nie spojrzeć- kolejni znajomi odnoszą sukcesy. I to wcale nie tak, że ja im tych sukcesów zazdroszczę, bo nie o to przecież chodzi. Jedni zapracowali, innym się poszczęściło. I dobrze, o to właśnie chodzi. Po prostu mam świadomość, że kilka partii to ja i tylko ja rozegrałam źle. Na tyle źle, że pozostało mi dreptanie w miejscu, bo nie potrafię się zdecydować na ruch ani w jedną, ani w drugą stronę.
Dziwne..., a cały czas mi się wydawało, że mam wszystko poukładane. Jak nie plan A, to plan B, bo przecież zawsze można próbować dojść do celu inną drogą. Coś mi ukradło mój optymizm. A może sama go zostawiłam gdzieś na rozdrożu? Może. Nie wiem. Ale pamiętam, że pisanie zawsze było lekarstwem. Albo takie, albo proza chowana głęboko w szufladzie...
I jakoś wciąż jednocześnie nie umiem nie pisać.
Mimo iż to już nie to samo pisanie.
Mimo iż poprzednie próby powrotu nie okazały się zbyt owocne.
A jednak czegoś mi brakuje...
Gdzieś z odmętów podświadomości wydarł się mój osobisty Weltschmerz i, nie wiedzieć czemu, postanowił mnie bezczelnie pożreć. A ja prawdopodobnie w którymś momencie zupełnie się temu poddałam.
Z kolei jak już się człowiek podda to przychodzi taka chwila, kiedy zaczyna mu być wszystko jedno i jakoś tak nie umie znaleźć w sobie na tyle silnej motywacji, by się odbić od tego- dosłownie i w przenośni- pełnego mułu grzęzawiska, do którego trafił. Zwłaszcza, że- gdzie by nie spojrzeć- kolejni znajomi odnoszą sukcesy. I to wcale nie tak, że ja im tych sukcesów zazdroszczę, bo nie o to przecież chodzi. Jedni zapracowali, innym się poszczęściło. I dobrze, o to właśnie chodzi. Po prostu mam świadomość, że kilka partii to ja i tylko ja rozegrałam źle. Na tyle źle, że pozostało mi dreptanie w miejscu, bo nie potrafię się zdecydować na ruch ani w jedną, ani w drugą stronę.
Dziwne..., a cały czas mi się wydawało, że mam wszystko poukładane. Jak nie plan A, to plan B, bo przecież zawsze można próbować dojść do celu inną drogą. Coś mi ukradło mój optymizm. A może sama go zostawiłam gdzieś na rozdrożu? Może. Nie wiem. Ale pamiętam, że pisanie zawsze było lekarstwem. Albo takie, albo proza chowana głęboko w szufladzie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
